| |
Poniższe wypowiedzi są odpowiedzią na pytania: Dlaczego wierzę w Boga oraz Dlaczego wierzę Bogu? To świadectwo wiary jest swoistą "Piątą Ewangelią", pisaną codziennością wielkich i małych zdarzeń. Zachęcam do podzielenia się swoim świadectwem doświadczenia wiary w Boga i wiary Bogu.
Dorota (56 lat) |
Wierzę w Pana Boga, bo dokonał mojego uzdrowienia duchowego i cielesnego, dał mi wewnętrzny pokój, a zabrał lęk o jutro, pozbawił mnie bardzo silnej nerwicy, w którą popadłam, gdy dowiedziałam się o zdradzie małżeńskiej. Bardzo prosiłam Pana Boga w modlitwie, by mi pomógł przeżyć to zdarzenie i właśnie po jakimś czasie, ufając Mu doświadczyłam tego uzdrowienia i dalej doświadczam Jego mocy. Dzięki Jego sile tkwię w chorym związku małżeńskim już 5 rok, dźwigam swój krzyż i muszę powiedzieć, że już wcale mi tak nie ciąży jak kiedyś, a zdrada męża trwa nadal. Panu Bogu dziękuję za przygarnięcie mnie do Siebie, dzięki Niemu ja żyję i modlę sie o nawrócenie męża bo go kocham i wiem, że potrzebuje mojej modlitwy by się nawrócić i powrócić do mnie i dzieci.
|
Anna (47 lat) |
Jezus uzdrowił mnie najpierw z gruźlicy, gdy miałam wówczas 23 lata. Choroba przeszła bez nawrotów. Ostatnio powstrzymał białaczkę. Wierzę ze jeśli miły Bóg zsyła te choroby to w jakimś określonym celu. Naszym zadaniem jest te cele odkryć. Jezus uzdrawia w eucharystii na modlitwie , ale musimy mu ufać. Nawet w tedy gdy wydaje nam się, że dla nas nie ma już nadziei. Moim zdaniem bardzo ważnym jest naprawienie krzywd, które wyrządziliśmy innym (nawet tych najmniejszych), wówczas zostaje i nam odpuszczone wiele win, a potem następują uzdrowienia.
|
Krystyna (50 lat) |
Mam na imię Krystyna i obecnie wraz z córka i wnuczkiem mieszkam w Irlandii. Pan Bóg odniósł mnie z totalnego upadku, wyzwolił z utrapienia, w które wprowadzałam siebie przez całe swoje życie.
Doszłam w swoim życiu do totalnego bankructwa: zarówno w życiu rodzinnym jak i finansowym. Straciłam męża, dom i wpadłam w okropne długi. Zablokowane konto, córka z malutkim Danielkiem na moim utrzymaniu. Prowadzona działalność, własna pycha i chęć stworzenia nieba na ziemi własnej rodzinie doprowadziły mnie, że zostałam bez środków do życia. Coś się działo od 10 lat. Gorąco się modliłam o pomoc, ale wciąż czułam, że spadam, że ginę. Tak się stało. W momencie , gdy myślałam, że nie przeżyje ani chwili dłużej i pęknie mi serce zrodziła się myśl o emigracji. Sprzedałam mieszkanie- wszystko poszło na długi. Kupiłyśmy bilety lotnicze do Irlandii do Dublina i z 10 euro w kieszeni wylądowałam wraz z córka w Dublinie. Różańca praktycznie nie wypuszczałam z rąk. Córka znała język angielski, ale ja nic.
Po miesiącu Pan Bóg dał nam nowe życie. Mieszkamy w pięknym domu, ja mam pracę przy Polskim Duszpasterstwie. Córka mogła się usamodzielnić i wydarzenia każdego dnia od 3 lat zbliżają mnie i ją do pana Boga bo każdego dnia czujemy Jego wielkie miłosierdzie.
Byłyśmy niepotrzebne nikomu jak ten łach rzucony przy drodze a On nas przygarnął, podniósł i przytula do swojego Miłosiernego serca.
Już mogę nie martwić się o swoje dzieci, bo Pan Bóg ich prowadzi, więc w końcu myślę o własnym życiu. Staram się rozpoznać wole Bożą w swoim życiu, ale samej to bardzo trudne. Czuję bardzo wyraźne prowadzenie naszego Ojca Jana Pawła II. On obudził we mnie nadzieje do życia samym tylko tytułem książki – „Wstańcie, chodźmy”. To juz 3 lata jak każdego dnia jest w moim sercu i moich myślach. W domu pale świeczkę przy Jego obrazie i modlę się. Drugą osobą , którą pokochałam już po śmierci jest matka Teresa. Znalazłam Jej medalik w naszym kościele i przyjęłam go z wielką czcią. Odtąd nosze go obok Matki Szkaplerznej na swojej szyi. Czuję, że to nie koniec przygody z Matką Teresą bo kocham ją bardzo gorąco. Poznałam dom i Siostry Matki Teresy w Dublinie. Byłam szczęśliwa.
Ponieważ mam ślub kościelny - choć nie jestem ze swoim mężem, nie mogę myśleć o przynależeniu do sióstr, ale gdybym mogła to bardzo byłabym szczęśliwa. Od roku szukam kontaktu ze świeckim stowarzyszeniem Sióstr Matki Teresy - jak na razie daremnie - nie mogę znaleźć nic konkretnego.
Obecnie jestem gotowa poddać się osobistej formacji dla osób świeckich a myślę, że dalej mnie Pan Bóg poprowadzi. Szukam jakiejś pomocy w tym względzie.
Może to jest ten kontakt ? Może tutaj uzyskam jakąś podpowiedź dla siebie ?
Z poważaniem pozdrawiam Krystyna
|
Agnieszka (57 lat) |
To było ze 20 lat temu. Przez kilkanaście lat nie chodziłam na msze, ponieważ żyłam w grzesznym związku i chciałam być konsekwentna: jestem grzesznikiem nieuleczalnym więc nie będę zaśmiecała kościoła. Związek ten przerwałam wielkim wysiłkiem woli, ale jestem przekonana, ze to moja Mama modliła się za mnie. Gdy po wielu przepłakanych tygodniach poszłam do kościoła ogarnęło mnie tam autentycznie fizyczne ciepło na całym ciele, jakby znak, że TU znajdę całkowite pocieszenie. W roku Jubileuszowym 2000 byłam z wycieczką we Włoszech i na audiencji u papieża Jana Pawła II oraz przeszłam przez wszystkie Bramy Jubileuszowe. To było cezurą - zrozumiałam na czym polega wiara (kościół jest właśnie dla grzeszników) i jak powierzchownie przedtem do niej podchodziłam. To mi pozwoliło aktywnie zaangażować się w życie kościoła i mojej parafii.
|
Marek (58 lat) |
Mam na imię Marek. Jestem geologiem, wykładowcą na UJ. Przede wszystkim jednak jestem jednym z najszczęśliwszych ludzi na Świecie, bo "Pasterzem moim jest Pan i nie brak mi niczego... i wiem, że zamieszkam w domu Pana po najdłuższe czasy". W mojej młodości szkolnej, akademickiej i na początku pracy zawodowej Bóg zadbał w swej niezmierzonej dobroci, bym nie zszedł zbyt daleko z Jego dróg. Uczynił to przez szereg wydarzeń, które zmuszały mnie do refleksji, a które w końcu odczytałem jako "Palec Boży ". Ten Palec zawracał mnie z dróg zatracenia, odciągał od zwodniczych poglądów, nauk i filozofii, ratował mi życie, m.in. wyrwał spod kół rozpędzonego samochodu, popychał na właściwe ścieżki... mimo oporów z mojej strony, bo ja wielokrotnie uciekałem, wyrywałem Mu się, choć nieraz tego nie chciałem. Świat kusił fałszywymi blaskami, słabość ciała nie pozwalała się opierać pokusom, a Zły przebrany często w "anioła politycznej i niepolitycznej poprawności " bywał moim doradcą. W końcu "ciemność " zajrzała mi w oczy i zacząłem w duszy krzyczeć "Boże ratuj! Nic mnie nie ocali , tylko Ty..., ja już nic nie chcę, tylko Ciebie potrzebuję ", a za kilka dni znów wołałem o ocalenie życia pewnej osoby "Boże ratuj! " I nagle odczułem, że poza ścianą, przed którą klęczę, ktoś mnie słucha. Zrobiło mi się gorąco! "To Ty słuchasz mojego wołania. Ja tak mało znam Ciebie Boże. Jak mam wierzyć!? Daj mi poznać siebie. ". Bóg powoli rozświetlił "ciemną dolinę " mojego życia, osoba o której życie wołałem żyje do dziś (uzdrowiona na ciele, ale także na duszy), a Bóg dał mi się poznać, najpierw przez czytanie Pisma Św. (postanowiłem przeczytać całe, od deski do deski, co zajęło mi ponad rok), a przede wszystkim Ewangelii, potem przez pielgrzymkę do Rzymu na kanonizację Ojca Kolbe (pojechałem tam jako turysta, wróciłem jako pielgrzym), przez świadectwo pewnej osoby o pomocy Ducha Św., a wreszcie przez światło Ducha Św., do którego zacząłem się intensywnie zwracać w modlitwie osobistej.
Prawdziwa eksplozja nastąpiła w 1983 r, gdy pewnego dnia uznając swoją słabość i grzeszność osob iście zaprosiłem Pana Jezusa do mojego życia i zgodziłem się, by bez żadnych warunków z mojej strony był panem mojego życia, by Jego wola a nie moja stawała się w moim życiu, by On zasiadł na tronie mojego życia i je porządkował, by realizował swój wspaniały plan dla mojego życia.
Eksplozja, która we mnie w owej chwili nastąpiła eksplozją niezwykłej radości. Radość ta opanowała mnie na wiele dni, a potem została zastąpiona radością jeszcze doskonalszą, choć bardziej wyciszoną. Od tego dnia zaczęła się niezwykła przygoda w moim życiu, przygoda osobistego spotkania z Bogiem w osobie Jezusa, w osobie Ducha Św. a przez Nich z Bogiem Ojcem, i tak z Bogiem w Trójcy Św. jedynym. Od tego dnia zacząłem żyć nowym życiem, życiem szczęścia i radości, niezwykle ciekawym i obfitym. Przybliżałem się do Niego przez modlitwę osobistą i wspólnotową (modlitwa kościoła), przez mszę św., Wspólnotę Odnowy w Duchu Św. (kilka lat), czytanie Pisma Św., życie sakramentami (Sakrament Pojednania co miesiąc, Komunię Św. co niedzielę, ale jak było to możliwe przez kilka lat codzienną, przez Sakrament Małżeństwa), rekolekcje, słuchanie Słowa Bożego głoszonego przez Ojca Św. Jana Pawła II i innych kapłanów, czytanie dokumentów kościelnych, ż y w o t ó w świętych, literatury chrześcijańskiej, słuchanie świadectw ludzi i próby wypełniania Woli Boga zawartej w przykazaniach, Piśmie Św. i nauce Kościoła. W moim życiu wydarzyło się wiele wspaniałych i niezwykłych rzeczy (doświadczenia chrześcijańskie). Moje modlitwy były wysłuchiwane, byłem świadkiem wysłuchania modlitw przez innych, świadkiem Bożych cudów i uzdrowień (sam kilku doświadczyłem). Przez te lata nabrałem pewności, że gdy ktoś zaprasza Boga do swego życia, bo pragnie Go poznać, pragnie z Nim wędrować przez życie, zaznać szczęścia jeszcze tu na Ziemi, a potem szczęścia wiecznego, a uznawszy swą słabość i grzeszność nie stawia swoich warunków, a w modlitwie gorliwie prosi, Bóg wejdzie do jego życia osobiście, sam je poukłada i "posprząta ", da mu się osobiście poznać i pozwoli mu żyć według wspaniałego planu, jak mnie. Spotkałem wielu ludzi, którzy zaprosiwszy Jezusa do swego życia stali się ludźmi szczęśliwymi, i są nimi nadal, nawet po wielu latach.
Życie w przyjaźni z Bogiem nie jest usłane różami i trzeba nieść swój krzyż. Od krzyża w życiu człowiek się nie wywinie, ale o wiele lżej jest nieść dobrowolnie swój krzyż razem z Chrystusem. Wiele osób patrząc na mnie mogłoby rzec "Jak on może być tak szczęśliwy? Przecież go doświadczają liczne kłopoty i zmartwienia, choroby, zle przygody, niechęć ludzka ". Tak jest niewątpliwie, ale prawdziwa radość od Boga przychodzi po cichu, jak powiew wietrzyka... Kto jej doświadcza nie szuka już innych wielkich radości, bo blado przy łaskach Pana wyglądają.
Radośnie jest odkryć powołanie, do którego wzywa człowieka Pan. Mnie wezwał do życia w rodzinie, obdarował wspaniałą żoną i wspaniałymi córkami. Oboje z żoną jesteśmy pewni, że nasze drogi nie przypadkowo się spotkały, że to Bóg dał nas sobie, i że szczęście naszego małżeństwa płynie z Bożego błogosławieństwa zawartego w Sakramencie Małżeństwa. Z Sakramentu tego płynie moc przetrwania trudnych chwil, moc podołania wszelkim obowiązkom rodzinnym, a równocześnie niezwykła miłość, która buduje i umacnia rodzinę. Sakrament Małżeństwa potraktowaliśmy bardzo poważnie i w dniu ślubu oboje wiedzieliśmy, że nasz sakramentalny związek może rozerwać dopiero śmierć...
To moje świadectwo, to tylko krótkie streszczenie tego co Bóg uczynił w moim życiu. Chciałbym też, byście wiedzieli, że nie jestem człowiekiem łatwo ulegającym emocjom i twardo stąpam po tej Ziemi. W końcu geolog (to też jest część mojego powołania) zajmuje się materią, najpierw materią Ziemi, materią i przestrzenią Kosmosu, zachodzącymi w niej wydarzeniami, a chcąc nie chcąc także i czasem, który liczy się w setkach milionów i miliardach lat.
Ostatecznie moją wiarę i płynące z niej szczęście utrwaliło coś, co w Kościele nazywa się doświadczeniem chrześcijańskim (patrz m.in. wyżej). Doświadczenie to namacalna, poznawalna zmysłami próba otaczającej rzeczywistości, to rejestracja konkretnego wydarzenia, którego przebieg i skutki są opisywalne. Moja wiara z doświadczeń chrześcijańskich płynąca jest dziś pewnością obecności Boga w moim życiu, Jego Miłości, Dobroci i Miłosierdzia, a rękojmią jej jest rozum. On dziś w kryzysie emocji, w kryzysie wejścia na duchową pustynię, a nawet w kompletną ciemność, daje świadectwo Bożej Rzeczywistości, bo jak się tyle rzeczy widziało, przeżyło i doświadczyło, przeczenie temu jest zaprzeczeniem rozumu.
Szczęście płynie z pewności, że "zamieszkam w domu Pana po najdłuższe czasy. Przygodę wędrowania w życiu Bożymi ścieżkami podsyca obietnica dana przez Jezusa, że dla wiernych jego Ewangelii "w Domu Ojca dla jest mieszkań wiele " i "ludzkie oko nie widziało, ani ludzkie ucho nie słyszało " co tam dla swoich wybranych przygotował Bóg.
Niech będzie chwała Bogu Ojcu i Synowi I Duchowi Św. Alleluja.
|
Marta (51 lat) |
Sześć lat temu, tuż po Świętach Wielkanocnych, poszłam na niedzielną mszę
świętą do mojej parafii. Okazało się, że nasz proboszcz pilnie musiał gdzieś
wyjechać i mszę sprawował inny, obcy mi młody ksiądz. Ewangelia była o
uczniach z Emaus a bardzo krótką homilię ksiądz rozpoczął cytatem:
I mówili nawzajem do siebie: ŁK 24, 32
Po chwili ciszy, podał nam kilka przykładów owego pałania serca u człowieka:
piękno natury, spotkanie z ukochaną osobą, narodziny dziecka, zdanie
egzaminu czy nawet jakaś tam znaczna wygrana w totolotka. Na zakończenie
dodał:
Gdy rozejdziecie się do domów, pomyślcie, proszę, postarajcie się
przemyśleć, co też powoduje u was takie pałanie serca jak u apostołów?
Obiecałam sobie, ze tak, POTEM pomyśle, najlepiej za parę dni. (Miałam
wówczas 45 lat, nigdy nie docierały do mnie słowa Pisma Świętego, pogodziłam
się już nawet z faktem, że być może nie dane jest mi pojąć o co tam tak
naprawdę chodzi.)
POTEM wcale typowym potem być nie chciało, POTEM żądało być: teraz i to już!
Tak mnie męczyło, ze wzięłam moja Biblię, usiadłam w fotelu, zamknęłam oczy
i zanim otworzyłam na Ewangelii Świętego Łukasza, długo prosiłam: Panie
Boże, Ojcze, pomóż mi zrozumieć Twoje Słowo.
Zdawałam sobie sprawę, że w całym moim życiu, cokolwiek powodowało radosne
bicie serca było tylko chwilowe, szybko przemijające, nie-pełne, ułomne
jakby. Dlatego postanowiłam przeczytać jeszcze raz niedzielną Ewangelie i
wyszukać, "wywąchać" jak to było z Apostołami, ja też chciałam tak jak Oni,
już nie tyle rozmawiać ale chociażby tylko słuchać i nareszcie w końcu
zrozumieć co mówi Jezus.
Otworzyłam, czytam i fiasko jedno za drugim - polskie tłumaczenie a ja
jakbym po hebrajsku lub grecku czytała - to nie jest możliwe, przecież Pismo
Święte jest dla ludzi! Byłam wzburzona i bezradna, i uparłam się jak wół, że
tak długo będę tu siedzieć nad tym urywkiem, dopóki go nie pojmę. Całą
sytuacje pustego grobu zaczęłam śledzić, nie tylko w Łukaszu ale i w
pozostałych Ewangeliach. I nagle w Św. Janie - eureka! Najpierw ociężale
jedno, po chwili dwa zdania zrozumiałam ale już przy pierwszym poznałam to
radosne pałanie serca Apostołów!
Na imię mam Marta (do rymu z uparta). Od sześciu lat jestem członkiem
Wspólnoty przy mojej parafii. Od dwóch lat uczęszczam na prywatną katechezę
i uczę się jak czytać Stary i Nowy Testament, jak się nim modlić, jak nim
żyć, jak poznawać siebie i Pana Boga.
Nie jest mi łatwo ale na pewno pełniej i nie-ułomnie.
Na Ojca szronkę trafiłam, szukając czegoś więcej o Q logii (teraz właśnie
przerabiać zaczynam Ewangelie).
Chciałam podzielić się z Ojcem najważniejszym momentem przełomu w
moim życiu bo zawdzięczam go Duszpasterzowi. Nie miałam okazji podziękować Mu
osobiście, akurat to zastępstwo pozostało bez śladu, nikt nie zna tego
księdza, nie jestem w stanie trafić na Jego trop.
Homilia była Jego ale przyznać trzeba, że muzyka do Jego słów - Boża.
|
Andrzej (59 lat) |
Przed chwila ukończyłem czytać przemyślenia osób, które dzielą się świadectwem wiary. Wzruszająca lektura. Zastanawiam się w którym miejscu mojej drogi ja jestem w swoim życiu.- pokręconym życiu.
Jestem osobą jak to się mówi wierzącą i praktykująca, ale niestety nie mogę się pojednać z Bogiem, dlatego, że założyłem drugą rodzinę. Trwam w tym grzechu już ponad 20 lat. Mam z tego związku wspaniałego syna, i mógłbym powiedzieć, że żyjemy w miłości, zrozumieniu, więc w czym problem. Otóż brakuje mi tego, co było kiedyś, tych pierwszopiątkowych "zobowiązań", aby być lepszym poprzez Sakramenty Święte.
To, co przeżyłem - różne ciężkie choroby i operacje powinny mnie przekonać, aby z żoną, którą bardzo kocham zacząć, żyć już jak z siostrą i odrzucić kontakty seksualne, które wiem są jedyną przeszkodą w pojednaniu się z Bogiem, ale jestem pełen obaw czy wytrwam w czystości, a nie mogę więcej zawieść mojej Matki, której 31 lat temu oddałem się w opiekę będąc na rekolekcjach na Jasnej Górze i całe życie doświadczam Jej szczególnej opieki.
|
Dorota (37 lat) |
Mam 37 lat żyje obecnie drugim związku, z którego mam 3 letnią córeczkę. W pierwszym związku zapomniałam o Bogu, choć byłam wychowana w wierze katolickiej, narozrabiałam i uczyniłam wiele krzywdy osobie mi najbliższej i mojemu starszemu dziecku. Odeszłam od męża założyłam druga rodzinę, zajmowałam się wszystkim po trochu włącznie z tarotem i magia po to by zdobyć mojego partnera i nie stracić go. Wydawało mi się ze to ta miłość, na którą czekam. Narobiłam sobie takich kłopotów ze wstyd, urodziła się moja córeczka ma obecnie 3 lata. Na mojej drodze stanął Ojciec Pio. Pokochałam go i jego ubóstwo oraz poświecenie jak również upokorzenie, lecz największy błąd popełniłam później. Międzyczasie wybudowaliśmy kapliczkę Ojcu Pio. Diabeł nie dawał za wygraną podszedł mnie na płaszczenie fizycznej. Co to oznaczało obrazę samego Jezusa i ból Jemu sprawiony. Wówczas pojawił Jezus sam. Moja starsza córka poszła do komunii, ja na rozmowę z księdzem i tak po 15 latach wróciłam do kościoła. Codziennie modlę się i Bogu dziękuję za każdy dzień, bo miłość, jakiej szukałam był On sam. Teraz jestem szczęśliwa.
|
Anna (40 lat) |
Mam 40 lat. Do niedawna wiarę i kościół oceniałam surowo patrząc na ludzi, którzy afiszowali się swoją wiarą, podczas gdy ich wizyty w kościele były spotkaniem towarzyskim, prezentacją tzw. wysokiego morale, pokazem mody. Te bardzo zaangażowane w wiarę osoby potrafiły okraść mnie tłumacząc, że zmusiła ich trudna sytuacja (a przecież płaciłam im godziwą pensję), potrafiły zdradzać żonę twierdząc, że jest niedobra dla męża, potrafiły knuć intrygi przeciwko innym w celu odniesienia osobistych korzyści, a także mogli tak po prostu nie dać mi rozgrzeszenia za to, że chcę wziąć ślub w cerkwi z obrządkiem prawosławnym. Myślałam, że te same osoby czują się rozgrzeszone za to co robią złego w swoim życiu i z lekkim sumieniem mogą iść i grzeszyć dalej, bo Bóg jest miłosierny. Taki obraz wiary napawał mnie niesmakiem. Buntowałam się. Moje życie było jakąś ciągłą walką z ludźmi, z samą sobą. Były ciężkie chwile, kiedy bezradna jednak szłam do Kaplicy modlić się i prosić o łaskę. Wtedy dostawałam jeszcze trudniejsze zadania: ciężka choroba, wypadek... Miałam mętlik w głowie. Szukałam odpowiedzi. Zaczęłam poznawać religie Wschodu i praktyki New Age. Chciałam wszystko zrozumieć i żyć tak by móc, kiedy przyjdzie na to czas umrzeć w poczuciu spełnienia. Poprzez moje poszukiwania wyostrzyłam swoją uwagę do wewnątrz. Już tak bardzo nie interesowało mnie co robią inni ludzie, jak myślą. Ważne było jaka ja jestem. Odkryłam, że mam w sobie swój własny kompas, który mi często podpowiadał jak należy robić, ale także często lekceważyłam go, uważając, że nie jest wart zainteresowania, bo kimże ja jestem. Takie umniejszanie mojej wartości owocowało wieloma komplikacjami w życiu. Kiedy zaczęłam słuchać swojego głosu, doznałam olśnienia, że to jest ta iskra Boża, która jest we mnie i w każdym człowieku. Zaczęłam się modlić nie o dobra materialne, ale o prowadzenie, o połączenie. Czytam Biblię na dowolnie wybranej stronie i to są piękne lekcje, które rozumiem tak jak mi serce dyktuje. Bardziej żyję teraz sercem niż umysłem. Wiem, że próbując wszystko zrozumieć intelektualnie mogę zajść na manowce. Bardziej szanuję swoje ciało, bo to ono mi częściej pokazuje co jest prawdą. Częściej czuję wdzięczność za życie, które mam i nie jest to uczucie w głowie, ale w środku mojego ciała. Wiem, że zagościł w moim wnętrzu Chrystus i to co mi przynosi w postaci wydarzeń służy mojemu wzrastaniu. To moje pierwsze wyznanie poza Bogiem w tak intymnej sprawie jak moje własne dotarcie do wiary. Może jest wiele osób tak samo niepokornych jak ja i trudno im przyjąć coś co jest podane nie koniecznie przez autorytety. Szukają własnych dróg, choć o tym jeszcze nie wiedzą twierdząc, że nie wierzą. Po prostu nie wierzą w siebie, w dzieło Boże. Uwierzą dopiero wtedy kiedy zwrócą swój wzrok do środka i wsłuchają się w to co każdy ma, a co można rozróżnić od zgiełku naszych ludzkich krzyków dzięki Przykazaniom Bożym.
|
Anna (57 lat) |
Jestem matką 5-ciorga dzieci. Czworo z nich jest już dorosłymi. W kościele jestem, od kiedy pamiętam. Bóg był dla mnie Kimś bardzo ważnym, ale i niedoścignionym. To, co pamiętałam z czasów młodości to to, że Bóg za dobre wynagradza a za złe karze. Nadszedł czas, gdy w moim życiu: miłość, kariera i pieniądze stały się najważniejsze. Stały się po prostu moimi idolami. Szukałam miłości, akceptacji u innych (niemal za wszelką cenę) i zabezpieczenia finansowego. Było i tak, że z lenistwa przestałam chodzić do kościoła lub chodziłam nieregularnie. Na niemal 2 lata zapomniałam o sakramencie pojednania. Tak minęły lata,
gdy nadszedł czas małżeństwa, rodziny i odpowiedzialności za wychowanie dzieci. Poprzez drugiego człowieka mogłam zobaczyć, że ja nie mam wiary. Nie znam swojego Boga. Nie wiem, czego On tak naprawdę ode mnie oczekuje. Pan Bóg w swym miłosierdziu dał w mojej parafii katechezy neokatechumenalne. Jestem 17 lat na Drodze. To dużo i mało. Dzisiaj wiem, że wiara rodzi się ze słuchania. Wiem, że Bóg kocha mnie taką, jaka jestem, a co najważniejsze ukochał mnie zanim pojawiłam się na ziemi. Bóg jest moim Tatą i kocha mnie nawet wtedy, gdy trwam w grzechu. Doświadczyłam także Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego w swoim życiu. Dzięki moim braciom ze wspólnoty mogłam widzieć cuda, które Jezus czynił na naszych oczach (np. mąż mojej siostry nałogowy alkoholik od 16 lat nie był u spowiedzi św. Któregoś dnia został zaproszony na konwiwencję etapową. Trwała ona 3 dni. Podczas liturgii pokutnej niemal wszyscy przystąpili do spowiedzi św, tylko nie ten brat. Na drugi dzień katechista szczerze zaprasza go do spowiedzi. Każdy z nas (a było nas ok. 200 osób) obserwował zmaganie, jakiego doznawał w tym momencie nasz brat. Zamknęłam oczy i zatopiłam się w modlitwie za Niego. Kiedy otworzyłam oczy, brata nie było już na sali. Pomyślałam, że to chyba jeszcze nie ten moment. Zanim jednak opuściłam salę dowiedziałam się, co takiego się wydarzyło. Prezbiter podszedł do naszego brata, ujął Go z miłością za rękę i wyprowadził z sali. W pokoju dokonało się to, co po ludzku było niemożliwe. Pan wybaczył Mu wszystkie grzechy. To było cudowne. Jaka wielka radość była nasz a gdy okazało się, że w momencie tej wielkiej walki, nie tylko ja ale każdy z przebywających na sali modlił się za tego Niego. Niedługo potem okazało się, dlaczego Pan tak śpieszył się. Chyba za 2 miesiące nasz brat dowiedział się, że jest chory na raka. Dzisiaj już nie żyje. Wiem jedno, że gdy do Niego przychodzili jego koledzy, także alkoholicy, On dawał świadectwo, że myślał, że Go nikt nie kocha a doświadczył prawdziwej miłości Jezusa i braci, którzy trwali przy Nim do końca. Faktów takich mogłabym przytoczyć wiele. Co mi dała Droga? Zobaczyłam, że często osądzając innych stawiałam się ponad nimi. Dzisiaj widzę, że jestem człowiekiem grzesznym, ale On kocha mnie wciąż tą samą, miłosierną miłością. On jest zawsze wierny i nigdy nie cofa danego Słowa. Dzisiaj od mojej siostry ze wspólnoty otrzymałam tę stronę. Odnalazłam w niej wyznanie wiary, które wkrótce świadomie, wobec Boga i kościoła a także mojej rodziny głośno wyznawać będę w kościele. Jezus naprawdę Zmartwychwstał i każdego dnia wyprowadza mnie z mojej niewoli. Pozwala chodzić po wodach śmierci. Sprawia, że nawet wtedy, gdy nie mam pieniędzy żyję i mam z rodziną co jeść. Mogę doświadczać, że jest możliwe kochać swoich nieprzyjaciół. I chwała Mu za to.
|
Sylwia (22 lat) |
Wierzę w Boga i ufam Jemu. Moja wiara jest dla mnie najważniejsza w życiu. Zawsze czułam Jego obecność i opiekę a sama nie zawsze za wszystko potrafiłam Mu podziękować. Czasem modliłam się tylko wtedy gdy czegoś było mi brak, gdy czegoś szczególnie potrzebowałam, a wiedziałam, że od Boga zależy wszystko i u niego mogę wyprosić dla siebie wszelkie łaski. Ks. Piotr uczył mnie w szkole średniej w Gdańskim Nowym Porcie. Szkolne katechezy wspominam bardzo mile, dziś brakuje mi takich spotkań i rozmów o Bogu i życiu. Nawet pamiętam mój konkurs Wiedzy Biblijnej ... i szpital ...a ksiądz nawet mnie odwiedził:). Dziś dostałam świetną pracę i jestem szczęśliwą młodą żoną, cieszę się że dzięki memu Panu i ludziom których postawił na mej drodze życia dziś jestem taka a nie inna. Wiem, że w życiu małżeńskim zwłaszcza młodych ludzi będą burzliwe upadki jak i wzloty, ale wiem, że z Bogiem uda nam się ... „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela". Wiele ludzi wokół mnie jest daleko od Boga i uważa niedzielną Eucharystię za zupełną stratę czasu, a ja nie wyobrażam sobie niedzieli bez mszy jak i życia bez Boga... Dla mnie zawsze będzie On drogą, prawdą i życiem. Z nim zaczęłam ziemskie życie i mam zamiar z nim je zakończyć... Kiedy Bóg da... A mojego Księdza Piotra bardzo serdecznie pozdrawiam i... dziękuję za wszystko.
|
Mariola (17 lat) |
Czym dla mnie jest wierzenie...? To sens mojego życia. Do niedawna jeszcze skupiałam się na bardzo przyziemnych sprawach. Pewnego dnia... poczułam Boga... Zrozumiałam jak jestem mała i krucha. Naprawde nieważne jest to wszystko, co mnie otacza, ta cała materialna otoczka... Liczy się tylko dusza, moja i drugiego człowieka. Zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, w bliźnich mieszka Pan. Dlatego zaczęłam żyć inaczej... Jakkolwiek banalnie by to nie zabrzmiało. Czuję zawsze, że On jest blisko, że jest przy mnie... I jestem szczęśliwa. Otwierając rano oczy, idąc ulicą, pisząc te słowa - sama świadomość, że jest Ktoś nieskończenie dobry, Kto mnie kocha - dodaje mi skrzydeł... Modlę się w intencji osób niewierzących, bardzo chciałabym im uświadomić jaką miłością nas obdarza Jezus Chrystus, choć nie jest to w ludzkiej mocy...
|
Michał (17 lat) |
Chciałbym napisać o doświadczeniu zjednoczenia z Jezusem. Bo jeśli ktoś raz doznał głębokiej więzi z Panem, ten będzie pragnął tę więź pogłębiać. Najważniejszy jest kontakt z Bogiem, bez tego nie można dojść do świętości. Zresztą, czym jest świętość, jeśli nie pełnym zjednoczeniem (kontaktem) z Bogiem. Ja doświadczyłem tej więzi na Szkole Kontaktu z Bogiem prowadzonej przez jezuitów. W ogóle te rekolekcje zbliżyły mnie do Pana, tam narodziła się prawdziwa więź z Jezusem. Zdałem sobie sprawę z tego, że ja chrześcijanin uciekałem od Jezusa, bo się Go bałem, nie dopuszczałem Go do mojego życia, bo bałem się , że On mi zabierze szczęście. Poznałem moje lęki: strach o siebie, strach przed odrzuceniem, przed brakiem akceptacji, wstydziłem się samego siebie, udawane życie religijne, dbanie o pozory. To wszystko oddalało mnie od Jezusa. Powierzyłem to Jezusowi i wyobraziłem sobie Jego i mnie obok siebie. Wziąłem Go za rękę. I na tym skończyło się moje wyobrażanie. Potem myśli same płynęły: "On przytulił" mnie i powiedział: "Nareszcie!!" A ja poczułem ogromną ulgę, ze wreszcie dałem się odnaleźć Jezusowi, że dałem się Mu prowadzić, poczułem, ze Jemu na mnie zależy, że mnie kocha. W jednym momencie przestałem się bać. Rozumiesz? Ja to wszystko poczułem namacalnie: to, jak mnie przytula, jak mówi, jak się uśmiecha. Czułem to tak, jak czuje się głód. To był moment, w którym nawiązała się więź głębsza między mną a Panem. I teraz tylko tego pragnę: coraz bardzie tę więź umacniać. I co z tego, ze emocje minęły, że już nie czuję tego. Teraz jest coś lepszego niż uczucie: wiara. Ale aby taka więź zaistniała musisz podjąć wysiłek: poznać i zniszczyć wszelkie bariery, przeszkody, które nie pozwalają na zaistnienie tej więzi: Twoje lęki, uprzedzenia, udawane życie religijne, itp. Za Jezusem trzeba pójść radykalnie, na maxa, inaczej się nie da.
Poza tym poznałem, ze Jezus jest w każdym (nawet złym) wydarzeniu w Twoim życiu. Zerwała ze mną kiedyś dziewczyna: była super, ale ją zraniłem. Ja poczułem wtedy ogromną pustkę. Nie mogłem tej pustki znieść i chciałem ją czymś wypełnić. Mogłem wrócić do mojego starego życia: do kradzieży, zabiegania o względy kolegów za wszelką cenę, ale stało się inaczej. Zacząłem przypominać sobie o Bogu i tym, ze mnie powołuje i zbliżyłem się do Niego.
Jezus prowadzi Cię przez każde, nawet złe wydarzenie, nigdy Cię nie zostawia.
|
Edek (47 lat) |
Gdy cię wszyscy opuszczą to masz znak, że idziesz w dobrą stronę Jeśli nie będziesz zalewać swoich problemów albo innych używek tzn, że chcesz szukać swojego stwórcy, to on ci pomorze bo człowiek człowiekowi nie może pomóc.
Bo jak ślepy ślepego będzie prowadził to w dół wpadną obydwaj .
Tylko ten co ciebie stworzył może każdemu pomóc bo stworzył Cały Świat i o wszystko dba nawet o najmniejszego robaczka więc my jesteśmy na obraz i podobieństwo stworzeni. I tym bardziej jak jego poprosisz na kolanach tak szczerze to Twój stwórca na pewno tobie pomorze Bo mnie pomógł i nadal pomaga Ja tylko Jemu wierzę Bo jest Prawdą Życiem Drogą. Amen.
|
Lucyna (48 lat) |
Jezus całkowicie uleczył mnie z palenia papierosów męczyłam się z tym nałogiem chyba 15 lat i naprawdę chciałam to pokonać. Próbowałam różnych sposobów, ale tylko się męczyłam. Potrafiłam nie palić w czasie wielkiego postu i w adwencie. Te dwa okresy oddawałam Bogu i nie było mi wcale trudno, ale jak mijał ten okres to musiałam sobie zaraz zapalić . Pewnego razu pewien SJ zapytał się czy dla mnie Bóg jest tylko tyle wart - dwa okresy niepalenia. Nie! Dla mnie On jest więcej wart oddałam. Po tym wyznaniu stał się cud . Nie palę już 13 lat i żadnej pokusy palenia nie doświadczyłam . Alleluja
|
Anna Maria (36 lat) |
Miesiąc temu poszłam do kościoła z mężem i najmłodszym synkiem. Modliła się tam rodzina z Niemiec. Ksiądz nawet się ucieszył, ponieważ oboje uczymy niemieckiego. Poprosił nas bliżej do tych ludzi. Okazało się, że matka urodziła się w naszej miejscowości i koniecznie chciała tu przenocować, ale nie było hotelu. Po krótkim poszukiwaniu noclegu w agroturystyce i w pensjonacie, zdecydowaliśmy, że mogą przenocować u nas. Był to dla nich znak opieki Boga, bo oni od 4 godzin siedzieli w tym kościele i modlili się o tłumacza i nocleg w tej wsi. Przetrwali tak na modlitwie ślub, różaniec, mszę wieczorną i chrzest. Pięknie śpiewali, grali na organach, a wcale nie są katolikami, nawet odłączyli się od Kościoła ewangelickiego, bo nie podobało im się, że błogosławi się homoseksualistom. Modliliśmy się wspólnie po wieczerzy. Utrzymujemy nadal kontakt. Dla nas było to też świadectwo wytrwałości w modlitwie!
|
Ola (18 lat) |
"Wierzę w Boga tak jak niewidomy wierzy w słonce nie dlatego, że je widzi lecz dlatego, że je czuje." Ten cytat wyjaśnia czemu wirze. Jak można nie wierzyć, gdy przez całe swoje życie doświadcza się tą niezwykła, głęboką, przeogromną, nieskończoną, bezinteresowną, miłosierną, boską, ukajającą, dającą spokój, walczącą, Doskonałą Miłość, którą jest Bóg! Znam Go. Jest cudowny! Kocham Go - a w każdym bądź razie staram się Go kochać. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: "Nie wyście mnie wybrali, a Ja was wybrałem". Kocham Go, bo zechciał pokazać mi swoją miłość. Zechciał Pan, abym rozkochiwała się w Jego miłości. Mój przyjaciel, mój Bóg, moje wszystko. Wierzę, bo wiara daje mi wszystko! Wierzę, bo codziennie doświadczam Jego miłości! Wierzę, bo nie wyobrażam sobie życia bez wiary! Kocham, bo On pierwszy mnie umiłował! Mogłabym Godzinami wypisywać jak doświadczam Boga w codzienności, ale ktoś kto nie wierzy i tak nie zrozumie, a ci którzy wierzą wiedza co mam na myśli. Tego czym jest Miłość nie da się opisać, nie da się wyjaśnić słowami, to trzeba przeżyć doświadczyć.
|
Grzegorz (21 lat) |
"Jezus Światłem mojego życia" - właśnie to krótkie zdanie kryje w sobie całą prawdę o mojej wierze. A gdy pytają się mnie czy wierze, to odpowiadam... że nie wierze, bo ja WIEM. A co oznacza to zdanie? Co się za nim kryje? Czemu za nim ukryta jest moja wiara? Jeżeli ktoś się nad tym zastanawia to proponuje tyko jedno, aby zacząć żyć według nauki Jezusa! Każdy to podoła temu zadaniu, każdy kto będzie wypełniał Jego słowa swoim życiem, wierze, że nie tylko będzie mieć pewne miejsce koło Pana Naszego w przyszłym życiu, ale samo jego życie tu, na ziemi będzie wypełnione szczęściem! Będzie w ciągłym dążeniem do ideału, do Jezusa, - dążeniem w stronę światła! Tylko ten ideał może nam dać szczecie! Tylko ten! I mimo, że jesteśmy przecież grzeszni i oczywistym jest, że nigdy nie posiądziemy czystości, niewinności serca i umysłu, jaka ma Nasz Pan Jezus Chrystus, tak jak nie da się osiągnąć ideału, to należy pamiętać o tym, iż "ideały są jak gwiazdy, nie da się ich dotknąć, ale trzeba do nich dążyć".
|
Artur (16 lat) |
Trudno mówić by moje świadectwo było czymś nadzwyczajnym. Jestem człowiekiem młodym i właśnie kończy się u mnie okres przemian. Z Kościołem zerwałem w wieku 13 lat. Jawnie zacząłem go oczerniać rok później. Ogólnie rzecz biorąc bluźniłem przeciwko wszelkim świętościom, a szczególnie przeciwko Maryi... Trwało to trochę, miałem problemy z duchowością, szukałem u Świadków Jehowy, jeździłem trochę do Ewangelików, ale to było do niczego. Zadeklarowałem się więc jako ateista i dałem sobie spokój. Jakoś w sierpniu moi przyjaciele wrócili z pielgrzymki na Jasną Górę. Śmiałem się z ich wiary, bluźniąc przeciwko Bogu, Maryi, Kościołowi... Może już nigdy nie uzyskam przebaczenia. Kto wie... Już wcześniej zaczęły spadać na mnie nieszczęścia: szkoła, dom, zdrowie, z którymi nie umiałem sobie poradzić. Miałem też straszne obsesje na punkcie zła, sadyzmu, morderstw. Czułem, że nie jestem sobą, zacząłem się fascynować antysemityzmem, nazizmem i wszelkimi zbrodniczymi organizacjami. Uwielbiałem oglądać filmy o nazistach jak pastwią się nad swoimi ofiarami. Przestałem się akceptować.
Trwało to do grudnia. W sobotę wieczorem czułem się strasznie. Coś mi mąciło w głowie, nakłaniało bym z sobą wreszcie skończył... Już nie mogłem... Padłem krzyżem i zacząłem się modlić, błagałem, kajałem się, przepraszałem. Czułem, że zginę jeśli wreszcie się nie uwolnię z pod jarzma kogoś, kogo nienawidziłem, bałem się go. Brak mi słów by opisać co się działo w mej duszy tego jednego tylko wieczoru. Wróciła nadzieja i wiara w miłość Boga. Nazajutrz poszedłem do spowiedzi i przyjąłem komunię św.
Teraz jest inaczej. Jest mi lepiej. Czuje się wspaniale idąc do Kościoła, czy szczerze się modląc. Mam podporę, a ten który wciąż jest i krąży by mnie zgładzić już nie ma nade mną władzy. Jestem wdzięczny Bogu. I choć wierzę szczerze od 4 miesięcy zaledwie to jednak teraz wiara i Bóg to cel mojego życia. Jestem jeszcze młody i wszystko przede mną. Wielu powie, że to porostu przez dojrzewanie... Ja jednak sam wiem jak było i czuję, że postępuje słusznie. Życzę wszystkim wątpiącym powrotu do Kościoła i do Boga. I nie wstydźcie się swojej wiary dla mnie jest ona dumą! Szczęść Boże.
|
Paweł (18 lat) |
Wierzę w Boga ponieważ nauczyli mnie tego rodzice; ponieważ dziadkowie i pradziadkowie wpajali to w moje korzenie. Jednak dziś po 18 latach mogę im tylko za to podziękować. Teraz gdy jestem pełnoletnim młodym człowiekiem mam prawo do wyboru, sam mogę się rozejrzeć i zdecydować w co mam wierzyć. Jednak nie zmienię mojej religii, gdyż ona daje siły (kiedy idę na Mszę św., ale taka zwykłą nie niedzielną wtedy jestem ja i Jezus pomijam kilka osób, które modlą się obok mnie). Mogę z Nim porozmawiać zwierzyć się z każdego bólu i poprosić o rozeznanie. Wierzę dlatego że Bóg często mi pomaga, ja proszę często przez wstawiennictwo Maryi - ona nigdy mnie nie zawiodła. Ktoś pomyśli że wierzę bo Bóg spełnia moje prośby. - NIE! Ja zawsze w swej rozmowie z Bogiem podkreślam Panie niech będzie tak jak Ty chcesz ja się z tym zgodzę. I nie obwiniam Go kiedy coś mi nie wyjdzie. Modlitwa (szczera nie klepana na pamięć) daje mi power, naładowuje mnie i mogę promieniować blaskiem dobra. Spróbujcie sami! MODLITWA! JEST SIŁĄ, a moja wiara umożliwia mi ją zdobywać!
|
Magda (17 lat) |
Wiara jest dla mnie bardzo ważna. Gdyby nie Ona, gdyby nie Bóg to moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Wiem, że spowiedź, modlitwa, Eucharystia wzmacniają mnie, ale nie zawsze tak było. Wszystko zmieniło się, gdy poszłam do mojego LO. Tu poznałam ludzi dzięki którym moja wiara się rozwija. Jest katecheta, którego traktuje jak przyjaciela, jest przyjaciółka, którą znam na wylot i która pomaga mi wzrastać w wierze choćby dlatego, że ze mną o niej rozmawia, jest jeszcze OAZA, o której też dowiedziałam się w szkole. Oni wszyscy bardzo mi pomogli i nadal to robią choć nie zawsze o tym wiedzą. Zaczęłam doceniać Sakramenty święte, rozmowy, zwyczajne i szare codzienne życie, które nabiera barw dzięki Panu. Bardzo chciałabym nawiązać kontakt z osobami, które chcą rozmawiać o wierze, o problemach z nią, o Bogu. Proszę o e-maile na adres; psotka364@wp.pl.
|
Dora (42 lat) |
Ja też, jak Ewelina doświadczyłam Bożej Miłości, takiej słodkiej i spokojnej, i pewnej. Nie jestem wcale pewna, że to było we śnie. Ogarniała cały wszechświat i mnie osobowo też, była wszechobecna, radosna, łagodna i mocna. To wspomnienie pomaga mi zawsze jak mam trudności. BÓG JEST OBECNY I KOCHAJĄCY! NAPRAWDĘ
|
Ewelina (16 lat) |
Jedyne czego w życiu jestem pewna to, to ze wierze w Boga. Bez Niego wiele spraw wydawałoby mi się trudnymi, ciężkimi. Bez niego czułabym że nie mam już nikogo na świecie, a tak pozostaje mi właśnie ta nadzieja że jednak Ktoś jest, Ktoś kto mnie kocha. I może to jedyna osoba, ale wieczna i prawdziwa. Bóg dla mnie jest nie tylko droga przez życie, jest dla mnie co najważniejsze przyjacielem, bliższym niż cokolwiek. Doświadczam wiary w nadzwyczajny sposób na każdym kroku. Wystarczy, że wierze to jest dla mnie nadzwyczajnym doświadczeniem. Poza tym doświadczyłam - nie wiem jak to nazwać - ale uważam że czułam Boga w śnie, tak jakby mi się objawił nie dosłownie czyli, że widziałam, ale wiem ze to był On, cieplno, światło, jakby mnie obejmowało z każdej strony, bezpieczeństwo....czułam ze mnie przytula i ogarnia.. po obudzeniu się czułam że to było cos dziwnego
co najmniej nadzwyczajnego. Na tyle ze zawsze mam jedna obawę że Bóg objawi mi się fizycznie tak jak zrobił to we śnie... Wiem, że brzmi to dziwnie, ale tak właśnie było. Dla mnie to akurat nic dziwnego nie wiem czemu
po prostu nic dziwnego ze Bóg jest, że istnieje i ze czasami daje znać o sobie. Dopiero z czasem zaczynam dojrzewać do wiary i czuje to głęboko, tak jak z wiekiem dla mnie Kościół nabrał głębszego znaczenia, tak jak z wiekiem zaczęłam odmawiać w różaniec. Z Maryją dojrzewam do wiary, ale przede mną jeszcze długa droga zanim odkryję, czym dla mnie naprawdę jest wiara. Na dzień dzisiejszy jedno wiem na pewno kocham Boga i wierze w niego z całej mojej duszy i mego serca.
|
Magda (15 lat) |
Było mi smutno, szłam przed siebie płacząc i szepcząc: "kocham Cię Boże, proszę przytul mnie, bo czuje, że już nie mam siły". Szłam dalej a łzy przestały kapać... spotkałam moich znajomych z dawnej grupy apostolskiej i każdy z nich mnie przytulił. To był dar od Boga.
|
Patrycja (24 lata) |
Odnalazłam Boga podczas ostatniej pielgrzymki do Częstochowy. Kolega namówił mnie (deklarowaną ateistkę) do wędrówki pieszej do Jasnej Góry. Modlitwa, szczere szukanie Boga udzieliło się również i mnie. Byłam ochrzczona, przyjęłam Komunię św. i byłam też bierzmowana, ale to był mój ostatni kontakt z Bogiem. Do spowiedzi popchnęły mnie świadectwa innych pątników. Pielgrzymkowa spowiedz zmieniła moje życie. Po wielu latach wyznałam wszystkie moje grzechy po których usłyszałam rozgrzeszenie. Bogu miłosiernemu dziękczynienie i cześć. Błogosław mnie Boże i daj wytrwać w dobrych postanowieniach.
|
Monika (19 lat) |
Ja swą miłość do Chrystusa poznaję i pogłębiam każdego dnia. Moja droga do Niego była długa i bolesna, ale może właśnie dlatego jest On mi aż tak bliski. Wiem, że zawsze mnie wysłucha i zawsze będzie przy mnie - nie ważne co stanie się w moim życiu, On jeden mnie nie opuści.Czasem w drodze upadam, czasem jest mi ciężko jednak myśl, że w tym zabieganym świecie pełnym bólu i niesprawiedliwości mogę na kogoś liczyć daje mi siłę na kolejne dni. W swoim życiu spotykam niesamowitych ludzi, którzy uświadamiają mi jak nasze życie jest wyjątkowe, a trudności wzbogacają naszą osobowość i wnętrze. Dlatego właśnie moja wiara jest dla mnie drogowskazem, jest życiem i szczęściem, a On wciąż czuwa i kocha każdego z nas. Boże dzięki Ci za twe miłosierdzie i Serce pełne łaski.
|
Ania (20 lat) |
Bez wiary moje życie byłoby bez sensu. To jest moje bogactwo. Pan Jezus jest moim wsparciem na każdy dzień, a jego słowo moją mocą. On pozwala mi przetrwać trudne chwile w życiu i choć moje słowa mogłyby się wydawać puste, bo przecież grzeszę i czasem się wydaje, że nie żyję jego Słowem. to on mnie przemienia - to niezaprzeczlny fakt, ja to widzę. Za to chwała Panu
|
Róża (21 lat) |
Z Panem Jezusem przyjaźnię się od niedawna. To mój Najlepszy Przyjaciel, który naprawdę mnie rozumie, dobrze mi życzy i zawsze jest przy mnie. To On pierwszy mnie spotkał i odtąd moje życie się zmieniło. Przemawiał przez piosenki, ludzi i zdarzenia. Zabrał wszystkie moje chore lęki. Teraz lękam się tylko utraty tej bliskości z Nim. Spotykam Go codziennie na modlitwie, w innych ludziach, w błękicie nieba, promieniach słońca, kroplach deszczu, zieleni lasu i szumie wiatru. To wszystko od Niego. My jesteśmy w Nim. Kocham Go. Moim największym marzeniem jest: być kiedyś w niebie.
|
Marysia (29 lat) |
Staram się wierzyć. Po pierwsze: bo tego potrzebuję-szukam radości, miłości i mam nadzieję, znaleźć je w Bogu i otrzymać od Boga. W inne metody już chyba nie wierzę, też w moje siły. Po drugie: bo jestem wdzięczna Bóg za to, że dużo mi daje; spełnił moją prośbę: wyzdrowiałam - mogę chodzić. Uratował mi życie (fizycznie, nie tylko dał je wcześniej) więc czuję też wdzięczność. Po trzecie: wyprowadza mnie z depresji, chęci samobójstwa. Ponownie daje mi życie. Po czwarte: ufam, że mnie kocha, a bardzo potrzebuję miłości. Po piąte: wierzę, bo tego pragnę. Potrzebuję Boga, aby żyć. Bez Niego sobie nie poradzę. Jestem wdzięczna, widzę w nim nadzieję. WIERZĘ, ŻE MNIE KOCHA, CHCE ŻYĆ W PRZYJAŹNI Z KIMŚ KTO MNIE KOCHA.
|
Małgorzata (20 lat) |
Bardzo trudno jest być dzisiaj młodą chrześcijanką w świecie, w którym wszelkie moralne wartości i zasady jedynie śmieszą. Człowiek, który decyduje się w pełni na przyjęcie chrześcijańskich ideałów w swoim życiu, naraża się w swoim otoczeniu na śmieszność. Ludzie uczciwi, rzetelnie wypełniający wszystkie przykazania, stanowią w naszym społeczeństwie mniejszość. I chociaż mówi się, że ponad 90% naszego społeczeństwa stanowią katolicy, to w istocie tych prawdziwych katolików jest znacznie mniej. Mnie samą dziwi - pisze Małgorzata - że ludzie uważający się za katolików i publicznie obnoszący atrybuty tej religii, nie przestrzegają większości jej zasad. Wybierają tylko te, które im odpowiadają, odrzucają zaś mniej wygodne, wymagające wysiłku. Widzę, wielu moich rówieśników odwraca się od wiary. Często powodem jest obłuda współwyznawców, którzy do kościoła chodzą tylko po to, aby się tam pokazać, natomiast zaraz po wyjściu zamiast kochać - nienawidzą. Daj mi Boże sił, abym była wierna Bogu, Ewangelii i Kościołowi.
|
Wojtek (21 lat) |
Przez wiele lat byłem takim samym katolikiem jak większość z nas. Chodziłem, gdyż byłem przyzwyczajony do chodzenia do kościoła. Od czasu kiedy przebyłem drogę 400 km na Jasną Górę w czasie pielgrzymki zaczęłem coś odczuwać w sobie. Parę miesięcy poźniej przystąpiłem do stowarzyszenia Effatha. Na spotkaniu stowarzyszenia w kościele odczułem wielkie ciepło w sercu. Teraz Bóg zaprowadził mnie na Kurs Filipa, gdzie doznałem oparcia i wzmocnienia wiary. Moje problemy zostawiłem za sobą, oddałem się Bogu, niech mnie prowadzi przez życie. Było to dla mnie trudne, gdyż miałem trudne życie, a jednego wyrzec się nie mogłem. Uzmysławiałem sobie, że jako już tylko jeden potomek, który może przedłużyć ród mojej rodziny muszę założyć rodzinę i na tym się skupić. To właśnie była moja cena... to oddałem Bogu. Zrozumiałem, że jest to sprawa przyziemna i to właśnie mam pozostawić.
Teraz mam nadzieję, że starczy mi sił. Chwała Panu!!!
|
M........ (52 lata) |
Każda Eucharystia, każde dobrze przeżyte nabożeństwo dodaje mi sił do życia, do zmagania się z przeciwnościami. Wielka radość jest w moim sercu choć nie zawsze widać to na zewnątrz. To JEZUS pomaga mi wyjść z dołów, w które czasami wpadam. ON trzyma mnie blisko przy swoim sercu, czuję to. Jemu cześć i chwała na wieki.
|
Michał (34 lata) |
Wiara dla mnie jest kierunkiem życia. Drogowskazem, który wskazuje mi drogę do pewnego szczęścia. Nie jest to droga łatwa, a czasami nawet bardzo trudna, ale wierzę, że na jej końcu nie znajdę pustki, ale osobę, która wyciągnie do mnie swoje kochające dłonie i zaprosi do wspólnego, nieskończonego szczęścia.
|
Anka (19 lat) |
Dlaczego wierzę? No właśnie dlaczego? Przecież nie zostało mi to przekazane w genach od rodziców, ani nie nauczono mi tego w domu, w którym żyje... I może właśnie dlatego wierzę, bo On mnie nie opuścił tylko pozwolił w siebie uwierzyć, nic nie dzieje się przypadkowo. Ciągłe odkrywam Go na nowo między innymi w ludziach, których spotykam na swojej drodze. To dzięki Niemu nadal mam silę, aby żyć.... Kocham Go, to On nauczył mnie kochać i będę mu wierna do końca.
|
| Stanisław |
Bóg zapłać za tę wspaniałą stroną "Piątej Ewangelii". Mieszkamy w Californii w małym miasteczku Salinas. Takie programy religijne bardzo nam pomagają w utrzymaniu wiary, a także mieć stały kontakt z ojczyzną.
|
Teresa (35 lat) |
Wierzę Bogu, w Nim pokładam całe moje zaufanie, całe życie i jego sens. Bóg nie tylko Jest, ale Jest Miłością tą, której tak naprawdę zawsze szukałam. To nic, że czasem jest tak ciężko w codziennym życiu, że tak mało przykładów do naśladowania /nawet wśród tych, którzy swe życie "poświęcili" służbie dla Boga/ prawdziwej wiary, miłości i zdrowego dążenia do świętości. Bóg jest wierny w miłości, wierny swoim słowom i działa też dzisiaj, daje mi patrzeć i widzieć Jego dzieła w moim i innych życiu /niektórzy mówią o nich "przypadki"/. Mam pewność, że Bóg mnie kocha /i nie tylko mnie/ i to wystarczy. Dlatego wierzę Bogu... Od czasu do czasu proszę Boga, aby jeszcze bardziej umocnił moją wiarę, proszę o dar wiary, by inni też uwierzyli.
|
Andrzej (18 lat) |
Wierzę, że Bóg istnieje i mnie kocha, bo musi coś być na końcu naszej doczesnej wędrówki. Inaczej, to bym chyba dłużej się nie starał. To On jest dla mnie motywacją.
|
Ania (24 lata)
|
Znalazłam Go wokół siebie.
|
Michał (34 lata) |
Ufam Panu i w Nim pokładam nadzieję, ponieważ jest największą mądrością, nieskończoną miłością i bezgranicznym miłosierdziem.
|
Daria, Marcin i Ewa (7 l. mał.) |
Dzięki naszej córce Ewie małżeństwo i nasza miłość nabrała większego sensu i rozmachu. Bóg, który dał nam wyproszoną na kolanach Ewę teraz błogosławi jej i nam wielkim dobrem. Mamy dobrą pracę, a jej nie mieliśmy. Mamy mały własny dom, a mieszkaliśmy i rodziców. Mamy siebie dla dzielenia się miłością. mamy Boga, który jest nasza energią, motywacją i wybawieniem.
|
Marek (25 lat) |
Wiara w Boga jest dla mnie jak powietrze. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Ona jest dla mnie pomostem między niebem i ziemią. Ona daje mi siłę, aby w tym świecie pełnym absurdów mógł odnaleźć sens siebie i świata.
|
Anna (27 lat) |
Bóg Ojciec dał mi życie i zaplanował mnie jeszcze przed stworzeniem świata. On od mego poczęcia czuwał nade mną, abym Go poznała. Dawał mi dowody swojej miłości i doprowadził mnie do powtórnego narodzenia, narodzenia z Ducha przez świadome przyjęcie Jezusa jako mojego Zbawiciela i Pana. Cieszę się bardzo, że mam tak dobrego Ojca, który pozwolił mi, abym uwierzyła w młodym wieku i mogła żyć na ziemi według Jego woli dla Jego chwały! Dzięki Bogu Ojcu poznałam właściwą drogę życia, czyli Jezusa, który też jest prawdą odwieczną i mam w sobie życie wieczne, bo Jezus żyje we mnie. Otrzymałam też dary Ducha Świętego i doświadczam Bożej mocy i dobroci na co dzień. Bóg Ojciec dał mi też wspólnotę wierzących, gdzie możemy budować się wzajemnie, kochać jak On nas umiłował i służyć innym, którzy jeszcze nie poznali swego Ojca. Mogłabym podać wiele szczegółowych wydarzeń świadczących o Bożej dobroci! Mój e-mail new_wine@wp.pl
|
Marysia (19 lat) |
Po prostu wierzę.
|
Ania (16 lat) |
Moja wiara jest kształtowana przez wielu ludzi, a przede wszystkim przez moje przyjęcie Bożej łaski. Wiara, to otwarte serce człowieka na Boże działanie. Czasami podczas modlitwy pojawiają się zwątpienia, które wystawiają moją wiarę na próbę. Wtedy gorliwiej i żarliwiej modlę się o Bożą moc i powtarzam słowa: ".Wierzę Boże, ale zaradź memu niedowiarstwu".
|
Jarosław (18 lat) |
Wierzę w Boga, ponieważ bez niego nie mógłbym istnieć. On stworzył wszystko, czego doświadczam. Wierzę w jego istnienie i działanie. Czerpie z Niego siłę uczestnicząc w Eucharystii. Służę Bogu przy ołtarzu jako ministrant i lektor. Za to wszystko jestem Mu wdzięczny. On dał mi dobrych, wspaniałych rodziców, rodzeństwo oraz tych wszystkich, którzy dzielą się ze mną dobrem. Czytam Biblię, aby rozwijać swoją wiedzę o Bogu, o Kościele, o człowieku. Wierzę w Boga również dlatego, że "coś" w środku każe mi w Niego wierzyć.
|
Marek (14 lat) |
Główną przyczyną mojej wiary w Boga są moi rodzice. To oni są na jej początku. Najpierw mnie ochrzcili, potem była Pierwsza Komunia Święta. Dalszą drogę wybieram sama. Nie jest to tak, że rodzice każą mi wierzyć w Boga - oni byli na je początku, a dziś jest to mój świadomy i dobrowolny wybór. Wiarę doświadczam jako piękno. Bóg stworzył ziemię i wszystko, co na niej jest, jako dobre i piękne. Bóg istnieje - ja Go znam.
|
Bożena (21 lat) |
Wierzę w Boga. On jest moim Panem i na nim buduje moje życie.
|
|